Zrób coś – stwórz coś!


Zrób coś – stwórz coś! Dokonaj extrapolacji ego. Jest to super. Lecz super jest twoje własne ego, nie superego, mój kolego. I twoje ego, nie jakiegoś „jego”. Go! No więc ten tego… Do roboty, włącz obroty. Zatrybi sprężyna i już maszyna pocina, kroi nowiutki osobisty mit. Liczymy na hit mój, kolego z ego. Tak i będzie. Możesz zacząć od zdań krótkich.  Na kartkę, na papier, na ekran przelej flesz – czasownik. Piszesz. Dodaj nieprzepisowy, długi i ornamentowo milutki przymiotnik. Piszesz lawendowo, pompatycznie, odlotowo. Już twój umysł rozwija myśl, kolejne witki rozmin wyrastają z literatoślinki. Piszesz z polotem, bawiąc się pstrokatym bibelotem. Sadzisz swoje drzewo, budujesz dom, rodzisz syna. Skoro oddałeś się krzewieniu kultury, zaskocz mnie czymś!

Tak powstaje Pomidor! Owoc żywota literackiego.

.

Geometria natchnienia

Naszym najgłębiej ukrywanym lękiem, jest myśl, że nie przystajemy do otaczającej nas rzeczywistości. Boimy się być potężni ponad miarę gdyż wciąż tkwimy wtłoczeni  w ciasną geometryczną formę. Kieruje nami nasz własny cień, podczas gdy jaźń splątana jest pytaniami: „Kim jestem, aby być lepszym od Innych?”, „Jakie mam prawo, aby…”. Umniejszamy się mentalnie, aż dopasujemy się i zmieścimy się w normach tak by Inni, nie czuli się przy nas niezręcznie. Bycie małym nie służy światu.

Odsuńmy od siebie matematycznie wrastające powinności, odcinki scalające nasze mentalne pudełko zamieńmy w ciągnące się ku nieskończoności linie światła. Kierowani  jesteśmy boskim tchnieniem i rozmieniajac się na drobne nie kupimy sobie wygodnego miejsca w mulitwersum. Jesteśmy stworzeni aby błyszczeć i aby tak się stało, musimy wyjść z formy, gdyż geometryczne opakowania w których tkwimy zawinięci blokują wszechpotężne promienie doskonałości emanujące z nas. Świećmy niczym gwiazdy i ślijmy boskie natchnienie rozbijając kneblujące Innych blokady energetyczne.

Wyzbądźmy się strachu przed własną potęgą. Manifestujmy się i wyzwólmy pierwotną energię.

 

 

 

Jesteś ogień, jesteś skała

Pierwsze poruszenie (a więc energia – ogień) przemieszcza w dół drobinę skalną do której dołączają kolejne.  Ze skały i ognia tworzy się lawina wzrastającej energii i rozrastającego się  metaforą mitu bohaterskiego,  paralela procesu autodeifikacji.

Skalista nieustępliwość i góralska pewność zjawia się, gdy na chwilę wstrzymujemy czas grzmocąc piorunami niczym Zeus.  Zaklinamy czas kując byt (póki jeszcze gorący) miarowo uderzając w   kowadło Hefajstosa. Antyczny bóg-mędrzec wie, kiedy należy uspokoić rzeczywistość. Oczami  wyobraźni widzi jak największa twardość szczytów sypkim piachem stać się może. Dlatego nawet gdyby przyszedł Młotkowy z wielkim młotkiem do skał kruszenia to nie drżała by  skała. Zmodyfikowałaby wtedy swój stan skupienia, ogniem zmian parząc krogulca. Co wtedy by powiedziała piękna krogulca pani? Bałaby się ognia, oj bała.

Pragma-praksis wzrasta w ogniu oczyszczenia trawiąc reakcyjne opory tych, którzy przywykli do rytuałów kamiennego starca. Nagłymi przekształceniami wzbudza refleksję i szokuje gorącym językiem czerwonej namiętności. Płoniesz teraz niczym olimpijski znicz – symbol wzrastającego indywidualnego mitu. Ogniskujesz wokół siebie uwagę kamiennym spojrzeniem.

Zstąpmy do głębi, do podziemnego źródła mocy. Twa struktura niczym lawa, z wierzchu twarda i sucha to zaprawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi.  Jako ogień nie możesz wkroczyć dwa razy do tej samej rzeczki, gdyż za drugim razem wchodzisz  już jako mądry kamienny stoik i tworzysz tamę blokującą nędzne tradycje słabości. Wypala ona ogniem co niewłaściwe, prowadząc  rzekę powstającej rzeczywistość do jej delty, alfy i omegi.

 

 

 

Cień nad polaną

Żył kiedyś krasnoludek w swoim ciasnym umyśle. Nie był zadowolony z tego, jak mu się życie toczy, ale wkręcił się w rozwój wypadków i już nie panował za bardzo nad tym, dokąd  go los prowadzi. Tym razem  skierował go  razem z grupą skrzatów na leśną polanę. „Oto magiczny eliksir – mówią, że może zdziałać cuda”. Skrzat udający szamana wręczył mu buteleczkę. Krasnoludek  wypił i czekał efektów, siedząc wśród swoich hałasujących kamratów.

„Ta mikstura alchemiczna nie była testowana nawet na magicznych myszach”- nagle dotarł do niego głos znikąd. Krasnoludek przeraził się i przed jego oczami zjawiły się wizje niczym z sennej mary. Twarze innych skrzatów nagle zaczęły przypominać oblicza zombie. „Oni mnie śledzą!” pomyślał krasnoludek i uciekł z polany w las. Smagające go po twarzy gałęzie przypominały zgrabiałe ręce starca otaczając go i zawężając coraz bardziej rzeczywistość.

Po nieokreślonym czasie, wciąż przerażony, natknął się na warzelnika eliksirów. „Za nami jest to, co minęło, chcesz zobaczyć, co jest przed nami?.”  Po tych słowach szaman  wskazał  ścieżkę pod górkę. Skrzacik powędrował tą drogą, aby poznać swą przyszłość. Zobaczył śliczną chatkę i piękny ogródek a także dostrzegł, iż niespodziewanie minęły wszelkie majaki.

Jeśli umysł sprawi ci psikus przypomnij sobie skrzacika, który poznał siłę jaźni. Masz fantazję, wiec gdy trzeba to przestaw zwrotnicę myśli na bajkowy wektor i odetchnij z ulgą. Zmartwienia nie będą już konieczne, scenariusz nie zezwala a akcja się toczy.

Rzeźbiarz

Podnieś garść ziemi. Wilgotne grudki zaczną powoli uciekać między palcami …a wtedy  Ty  uniesiesz rękę nieco wyżej i powąchasz to, co w niej pozostało. Chłodny zapach gleby. To z niej rozrosły się kontynenty, porosły roślinnością i pokryły się śniegami. To  z niej poczęły namnażać się stworzenia żywe we wszelkich kształtach i rozmiarach. Na ziemię wylały się wielkie wody, opłynęły planetę, dały początek wyżynom i nizinom. Od tego czasu energia ewoluowała jeszcze szybciej,  tworzyła nowe organizmy  i nowe związki, kataklizmami parła naprzód niczym rozpędzona lokomotywa, a obłoki pary pisały historię. Dajesz  uciec ostatnim grudkom ziemi, spadają na trawę niczym życiodajne krople.

Przyłóż teraz rękę do ucha, czy między palcami nie posłyszysz majestatycznych uderzeń fal bałtyku, szmeru słowiańskich  lasów, echa prapoczątków? Ta sama ręka dzierżyła kiedyś włócznie i polowała na mamuty, budowała warowne miasta oraz pisała poezję dworską. Ziemia tocząc się po torach dziejów przeistoczyła się w elektryczność, otworzyła pole do wirtualnego świata, kondensując energię w sposoby umykające świadomości.

Przez chwilę miałeś w swej ręce tę garść ziemi, drobinę energii przodków. Ulep z tej gliny człowieka, triumf nowego mitu będzie nagrodą za twój trud.

.

Gamardzioba!

Gamardzioba! Jak cudownie to brzmi… Gamardzioba to lingwistyczna instrukcja postępowania z jeszcze-nieznajomym. Kiedy spotkasz w egzotycznych ostępach inną duszę, spraw, aby była ci bratnią. Otwórz  swe usta i wypowiedz gamardzioba/ hello/ priviet/salut – we właściwej napotkanemu mowie. W pakiecie dorzuć szczery uśmiech, a zwykłe zdarzenie dwóch obcości stanie się spotkaniem, zaśpiewa wieloma językami, wypełni się  gestykulacją, informacją i delikatnie zacznie tkać nić relacji.

Gamardzioba! – i już się nie martw. Nastrój się na falę nowości, na nieznane dotąd zwroty  akcji i akcenty egzystencji. Wdaj się między napotkanych, stań sie ich częścią i pokieruj ich ku światłu. Możesz się mylić, lecz używaj języków i słowników, które dyktuje ci serce i lokacja w której się znalazłeś. Otwarty umysł kondensuje moc,  intryguje i przyciąga dar języków, który otworzy Ci wszelkie bramy tajemnic ludzkości.

Gamardzioba! – aż do końca twych dni. Używaj więc nowych znaków i dekoduj otaczającą Cię rzeczywistość. Surfuj na fali poznawanych kultur, powąchaj orientu, aby dotknąć egzotycznie-energetycznego  powiewu motywacji. W słowach zaklęta jest pradawna mocarna krzepkość, której wyrazistą potęgę dostrzeżesz  w gronie dobrych dusz przy odrobinie magicznego eliskiru. Gaumardżos!

Za 1 uśmiech

Szykuje się świetna podróż, na którą CyberJogin szuka szalonej kompanki. Dajesz się ponieść. Pojedziemy do odległych postapokaliptycznych  Gruz(j)ów  aby poczuć powiew Azji, orientu, Kaukazu i wszystkiego tego, czego brakuje u nas. Nim dotrzemy do granic czerwonej Arm(en)ii skosztujemy tak samo czerwone i słodkie wino nad morzem czarnym jak atrament, którym piszę. Zwiedzimy współczesne Bizancjum podziwiając majestat Mądrości Bożej ( potęgi zaklętej w styl) i zawitamy w kraje Lewantu, gdzie europejskość rozmywa się w kulturze arabskiej. Chłonąc nowe wrażenia będziemy mknąć przez pustkowia i poznawać miejscowe obyczaje, docierać do powabnych wiosek i stąpać po uliczkach wschodnich miast.

Nie będziemy potrzebować pełnego portfela. Wykarmi nas własna fantazja, konieczny niemniej będzie entuzjazm, który sprawi, że nasze buzie będą wiecznie uśmiechnięte pragnieniem zobaczenia i doznania czegoś wciąż nowego.  Wgłębiasz się w tę opowieść i widzisz obrazy.  Pozytywna myśl wyczarowuje  pokarm dla naszych ciał. Widzisz Dynię, kóra sukcesywnie zamienia się w karocę, którą pomykamy radośnie niczym książęta pustyni.  Gdy widzimy urokliwe jeziorko, spędzamy przy nim romantyczny dzionek.  Chyłkiem ominijamy  Babilon w międzyczasie kosztując owoca z drzewa poznania dobrego i lepszego. Podróż za jeden uśmiech to błysk  szaleństwa, więc cennego czasu starcza i na chwilę relaksu. Choć plan jest elastyczny to odnalezienie  Gruzów naszej cywilizacji pozostaje misją wspólnej pielgrzymki.   Nie będziemy pędzić, gdyż pośpiech jest domeną zdemoralizowanego zachodu, lecz  będziemy oddychać pełną, nagą piersią. Mój literacki aparat  archiwizuje ten sen w nieznane. Czas się obudzić księżniczko i zrealizować magiczną wizję.

Nowy pocisk

Leci na ciebie wprost z galaktyki, a ty znów zgrzeszyłeś – odmówiłeś deseru. Zawstydziłeś pulchnych i grubokościstych, załamałeś dokarmiaczy i za karę nie dostaniesz cholesterolu. Jasteś taki zły ty, ty … Ultramonstrancjo, Telewaluacjo,  Socjologio!

Nowy pocisk prosto w musk z pluskiem – niezła galareta. Nie wyobrażaj sobie za dużo panie paradny , panie niedościgniony. Tłumy już oprotestowują twoje szczęście (Hu-moru ! De-seru! Sło-nej-zupy!), z wrzaskiem domagając się kieratu i grypy. Skandują ‘nie będzie optymista pluł nam w twarz, ni dziewic nam plugawił’. Nie spoczną póki nie przestaniesz się uśmiechać i zarażać szczęściem. Choroba!

Jesteś wart tyle, co zeszłoroczny śnieg na Saharze, co pół-pusta szklanka miodu z dodatkiem ambrozji. Skurczybrzuchu ty, Śmiechofilu nie pokazuj się więcej na dzielnicy, bo wzrasta cena czynszu, a bułki są świeże nawet pod prysznicem. W nagrodę za złe sprawowanie Odprawiaczu hohsztaplerów, Kwiecie przesady, Koziku zagłady dostaniesz sto lat ciężkich przyjemności i czerstwego precla z internetu. Le voilà!

Powrót króla

Dnia pewnego tajemniczy wędrowiec, dotąd obieżyświat i półpustelnik, dał się odnaleźć ( w ) kar(cz)mie. Ot, tak po prostu zjawił się i dał się wciągnąć w wir przygody, która będzie trwała po kres jego dni. Wkręcił się w fabułę i  zajął sobą istotne wątki w wielkiej opowieści. Odtąd pokonywał mityczne bestie, odkrywał dalekie kraje i mimo zwrotów akcji parł razem z wiernymi sobie do celu. Stał się liderem i okrył się chwałą, lecz nigdy nie zapomniał o tych, którzy towarzyszyli mu na samym początku podróży. A ona wciąż trwa i rozświetla jego imię i ziemie po której stąpa fotonami praenergii zaklętymi w baśń.

Nasz wędrowiec, nim dotarł do świata, który pojął jego potęgę i przyjął jego wolę nosił w sercu ból. Ból ten zmaterializował się w miecz, którego ciężar potajemnie nosił przez cały czas. Miecz był wyszczerbiony i złamany, a wędrowiec przemierzał kolejne krainy, aby scalić go w jedność i siłę. Jego cierpliwość została nagrodzona. Gdy gwieździstą nocą z odchłani kar(cz)my wyłonił się upiór, nagły energetyczny przypływ wiary sprawił, że jego miecz zajaśniał siłą jego woli i wspólnie zwyciężyli widmo słabości. Wędrowiec odwrócił się wtedy. Nie był sam, od dawna stały za nim szeregi kochających go istot, których dotąd nie dostrzegał.

Zapisana w gwiazdach nieodgadniona bogini Kismet posłała wędrowcy pocałunek i mrugnęła okiem do czytelnika 😉

.

Cyber;jogin

Przypominam wam braciszkowie i siostrzyczki: życie nie jest po to, aby ryło ból na waszych twarzach, lecz aby objawiało na nich swoją moc szczęścia.

Nasze imiona stanowią bezpośredni, krystaliczny zapis niewysłowionej energii. Brzmi to naiwnie tylko tak długo, jak długo się nad tym nie zastanowicie. Przypomnijcie sobie twarz bliskiej Wam istoty, a dostrzeżecie prawidłowość. Spójrzcie na te śmiejące się oczy, przecież są one wynikiem pojawiającego się uśmiechu, tej soczewki działania, katalizatora przemian, aury czarodziejskiej. Patrząc na istotę życzliwie zawsze dostrzegamy fuzję awatara uśmiechu z osobą i doklejamy do niej imię.

Bo kim jest :Daniel, jak nie skaczącą radośnie kozicą o szerokim, szczerym uśmiechu?

A Ma:dzia? – ona to Ma nieźle – zalotnie mruga okiem a uśmiechajac się lekko wystawia języczek. Nikt nie wie, co może mieć na myśli.

:Beata – Jej wyraz twarzy jest ponoć szczególnym przedstawicielem gatunku, wciąż niezbadanym przez grymasologów.

Hu:bert -czyż to nie człowiek tak pozytywny jak muppet, że aż masz ochotę go wyściskać?

:Ola – Jej uśmiech jest pierwszą literą jej wizerunku. Tak, wielki, że zachowasz go w pamięci  już na zawsze.

Zapamiętujmy imiona, zapamiętujmy twarze i zintegrowane z nimi uśmiechy. Zespolmy te dane. Gdy awatary uśmiechu staną sie powszechnym drogowskazem szczęśliwej ludzkości,  ich unikalnośc zastąpi odciski palców.  KEEP CALM and take a smile.

podpisane: Książe Uśmiechu  🙂

E=mCJ²

Niedawno, całkiem nie tak dawno temu, w przestworzach multiwersum żył biologiczny komputer o mocy obliczeniowej tysiąca słońc. Jego sensybilia wychwytywały najdrobniejsze  szmery wiatru, nanometrowe przemieszczenia ciał na nieboskłonie i przekazywały informację centralnym obwodom neuronalnym. Te odnotowywały najdrobniejszy ruch i każdą nową zmienną. Pobudzone receptory dawały impuls do nieustannego wprowadzania poprawek, udoskonalania algorytmów i zmiany stanu zastanego. Każda dana wejściowa stymulowała autonomiczny układ biokomputera, dawała zastrzyk energii uwalniając delikane dawki serotoniny, adrenaliny i innych hormonów. W ten oto sposób każda zewnętrzna akcja zaczyna powodować chemiczną reakcję, powstanie czegoś nowego – to czysta krystalizacja kosmicznej praenergii. Paliwo działania przedwiecznego biokomputera powstaje na drodze neuronalnej psychosyntezy i karmi silnik świata.  Biokomputer przyspieszał a ekosystem mnożył jego potęgę.

…LOADING…

Kosmiczny komputer zapisano w egipskich zwojach, transmitowano kręgami zbożowymi z innych wymiarów. Zakamuflowany w micie dotarł do ciebie.  Cyber_jogin.god jest sterownikiem tej maszyny kreacji  w znanym nam wszechświecie i właśnie kopiuje ją do twojego umysłu.

DATA SAVED

Chłoń świat. Czas zatankować energię. E=mCJ²

.

Bóg się rodzi

Boże narodzenie to popularna opowieść o małym facecie który wywinął niezły numer – zmienił formę bytowania. Co to dla nas oznacza? Istnienie w oddaleniu od ludzi jest stagnacją i ciszą. Narodziny, zjawienie się pośród innych istot, to zmiana i ruch – wielkie wydarzenie. Jak przypływ i odpływ wielkiej wody, wdech poprzedzający wydech, tak i przerwa nie może wiecznie trwać, po niej nieuchronnie przychodzi event – nowe życie. Nawet gdy przychodzimy na świat nieopierzeni jest to jedynie odejściem starego ego, ale Ty przekraczasz ego. Jesteś czymś nieobliczalnie większym. Jednocześnie narodziny odbywają się każdego dnia, wraz z każdym brzaskiem, w każdej sekundzie i w każdej chwili. Moc truchleje. Bądź zatem otwarty i odważny, a przy tym nie wynurzaj się z aury wiary. Będziesz wtedy kroczył przez życie z zapartym tchem lecz ufnie, elektryzując kolejne formy energii i co dzień rodził się potężniejszy. Życzę Ci tego z całego serca.

CyberJogin